7 lutego 2019

Spytkowice

 

Zatrzymuję się na chwilę. Mój pokój na poddaszu w Spytkowicach. I to miejsce wokół. Ta przestrzeń. Cisza. Ciemność. Cudownie jest wyjrzeć przez okno czy wyjść z domu i widzieć gwiazdy. Ciemność nocy zamiast światła miasta jak w Warszawie. 

Przesuwam legowisko pod okno. Patrzę w niebo. Spada meteoryt. Myślę - Życzenie!

Niedziela godz. 05.10, słyszę z dołu odgłos ekspresu. Wstaję. Pijemy z mamą kawę.

Rozmawiamy. Wstaje dzień, czekam na wschód, by ruszyć z aparatem na łowy. Tata schodzi, widzi, że się zbieram.

"Chodź, pokażę Ci z okna gdzie śpią i skąd wyjdą zaraz sarny. Idź tam."

Idę. Są. Widzą mnie. Na otwartym polu, w porannej mgle, czujne. Przystaję. Przypatrujemy się sobie. Wsród nich widzę jednego kozła. Grzęznę w błocie. Widzę odchody saren. Z każdym krokiem błoto coraz wyżej sięga mi butów, po czym odpada, i kolejna warstwa rośnie.

 

 

 

 

Dochodzę do wału, za którym jest jezioro. Wiem, że mogą tam być czaple. Powoli, w przykucu, wychylam się. I zamieram z zachwytu. Białe plamy, na gliniastej powierzchni wśród trzcin, śpią, ospale chodzą, jedne mnie wyczuwają i zaczynają  delikatne larmo. Chowam się. Tyle łabędzi w jednym miejscu nie widziałam w życiu. Później doliczam się ok. 50 sztuk.

 

 

Na poniższych zdjęciach widać mgłę. Zostawiam bez obróbki.

 

 

 

 

Z wału widzę zmierzającego w moją stronę tatę z Elvisem. Cichym, spokojnym krokiem, gęsiego podążamy dalej razem.

 

 

 

Po prawej stronie zamarznięte jeziora, mgła, po lewej pola. Tata za mną. Po chwili słyszę „Lis! Patrz! Na środku jeziora!” ?!?!?!? Tego widoku nie zapomnę do końca życia. Wymarzony kadr na który się spóźniłam. Daleko, w tej mgle, po zamarzniętej tafli lodu, na środku, na przełaj, przemierza lis. Podnoszę aparat do oka, ma problem ustawić ostrość przez gęstą mgłę, szarą biel lodu i mały punkcik. Szuka ostrości. Szybko orientuje się, ze nic z tego. Zmieniam ostrość na manual i ręcznie ustawiam, lis już jest na 2/3 jeziora. Oko łzawi, więc nic nie widzę. Strzelam na oślep.  Zarys jakiś jest. Widok i klimat pozostaje w sercu. Jak dobrze, że tata jest ze mną. Pomimo tego, że na łowach bardzo często oglądam się za siebie, wiem, że wtedy minęlibyśmy się niezauważeni. I tak pewnie z niejedna zwierzyną się już minęłam. Wszystko ma swój czas. Miejsce. Obchodzimy jezioro wkoło w nadziei, ze może po drugiej stronie, ponownie spotkamy się z lisem.

 

 

 

Na chwilę pojawia się słońce, błękit nieba. Kroczymy już drugim brzegiem, wałem w stronę Wisły. Widoki podobne.

Bliżej Wisły wyostrzam swoje zmysły. Wzrok na turkusowo rdzawe barwy; słuch na cichy pisk, który słychać tylko w przelocie Zimorodka; dochodzimy do wąskiego gardła wpływającego do Wisły. Patrzę na roślinność zawieszoną nad wodą. JEST!!! Błyszczy, schowany wśród szaro-bordowych gałęzi. „Ale go wypatrzyłaś!”- z niedowierzaniem mówi tata.

 

 

Polowanie uznaję za udane. Głód przeszywa mi bebechy. Dochodzi 12-ta. Zmierzamy w kierunku domu. „Wiesz, tam są lisie nory”. ?!?!?! Ale jak? Gdzie? I dlaczego teraz dopiero mi to mówisz???” „No tam, widzisz, jak te krzaki? Chodź.” Idziemy. Teren idealny. W zeszłym roku było tyle piachu wykopanego z nor, ze tata taczkami tam przyjeżdżał. No i są. Jedna nawet świeża, i widać tropy lisa. Elvis wkłada nos do środka i węszy. Już mam plan na kwiecień – maj. Może będą młode?

 

 

 

 

Po obiedzie jadę do Cieszyna, zostaję na noc. Poniedziałek 8.15 podrzucam Blankę do szkoły i wracam do Spytkowic.

Przed powrotem do W-wy jeszcze chcę wyskoczyć na Zimorodka. Biorę aparat, udaję się w kierunku ujścia i drzewa, gdzie był dzień wcześniej. Widzę drzewo i w tym samym momencie szybki przelot błękitu w stronę jeziora. Nie unoszę aparatu, śledzę wzrokiem za nim. Usiądzie gdzieś czy mi zniknie z oczu?

Siada. Ja robię podchody w trzcinie. Co chwilę przykucam. Czuję chłód śniegu na kolanie. Wilgoć. Co kilka metrów przelatuje dalej, a ja za nim.

 

 

 

Nim dotarłam do ujścia, idę tropem jakiejś zwierzyny wzdłuż brzegu, wśród trzcin. Widzę stado ptactwa, łabędzie; podchodzę bliżej, krzyżówki, nurogęsi, czapla siwa i jeszcze coś; podchodzę i kilka unosi się w górę. Gęsi. Ale nie wiem jeszcze jakie.

 

 

 

(update: Gęś gęgawa) :)

 

 

I widzę parę łabędzi. Ale są to łabędzie krzykliwe. I jestem w szoku. Mam farta, że tu są. Dowiedziałam się o nich nad Biebrzą od pani ornitolog z która spotykałyśmy się każdego wschodu. Maja żółto czarne dzioby, smuklejsza sylwetkę. W 2017 roku naliczono 165 par.

 

 

 

I dalej czaple białe. I jedna na lodzie. Na środku jeziora. Jak ten lis.

 

 

 

 

 

 

 

Dokumentuję.

 

JESTEM.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatrzymuję się na chwilę.

07 lutego 2019

POWRÓT

"If I could tell the story in words, I wouldn't need to lug around a camera."

 
Lewis W. Hine

Katarzyna Długosz

____FOTOGRAFIA____

INFORMACJE:

KONTAKT:

projekt i wykonanie:

strony internetowe Bydgoszcz