27 września 2019

Puszcza Białowieska

 

14:20

Jestem 10 minut przed czasem. Zza samochodu wyłania się Marian. Wsiadamy do jego 4x4 i ruszamy w Puszczę. Tydzień temu było apogeum - słyszę. Marian nocował w czatowni. Byki ryczały całą noc, walczyły porożem tuż obok. W życiu nie przeżył takiego rykowiska. I po wyjściu następnego dnia, przez cały dzień w uszach miał nic tylko ryczenie. „Teraz już spokojniej” - mówi. „Pewnie będzie słychać, ale … już późno na gody.” Mam tego pełną świadomość. Od początku kiedy rezerwowałam czatownię w sierpniu. Nie miałam innego terminu. Ale nie robię sobie z tego zbyt wiele. Sama świadomość spędzenia nocy w środku lasu, w czatowni, powoduje, że odliczam dni do września. 

Zabieram krótki, jasny obiektyw za poleceniem Mariana. „Łanie podchodzą w nocy pod samą czatownię” odczytuję sms’a dzień przed wyjazdem. Wjeżdżamy w las. Po raz pierwszy od wypraw do czatowni widzę ten dziki las w jasnym świetle dnia. Do tej pory wjeżdżałam i wyjeżdżałam z Puszczy Białowieskiej w ciemnościach. Do czatowni wchodziłam przed wschodem i wychodziłam po zachodzie słońca. Tym razem będzie inaczej.

I widzę ten prastary las. Powalone drzewa jak bierki w pierwszym rozrzuceniu. Zieleń mchu i porostów, gęstość drzew. Wszystko tu żyje swoim życiem. Samopas. I jestem zachwycona. Mam ochotę wejść w ten busz. Zwalone drzewo na leśnej ścieżce blokuje dojazd. 

„Leśnik jeszcze go nie pociął. Już 2 tydzień leży.” słyszę.

Do czatowni dojeżdżamy okrężną drogą. Zatrzymujemy się przed kolejnymi zwalonymi konarami; zabieram sprzęt, ruszamy do czatowni. Jest cudownie. I to już mi wystarczy. I nawet jeśli nie zobaczę jelenia, to siłą rzeczy, coś przed końcem dnia i tuż przed wschodem jakaś zwierzyna się pojawi. W końcu to las. I wielka polana. Liczę na lisa, żubry. Na pewno ptaszarnia. Mam nadzieję, jak za każdym razem, na wilka. Kiedyś go spotkam. Marian mówi, abym się przygotowała na krogulca. Ostatnio często tu bywa i goni sójki. Nie mam bladego pojęcia jak on wygląda. 

Rozstawiam się w znanej mi już przestrzeni. 

15:31 – robię pierwsze zdjęcie. Trznadel.

 

 

Szybko przylatują sójki. Naliczam 13 sztuk w „jednym rozdaniu”. Pasą się na trawie. Liczę ile ziarenek kukurydzy jedna wciągnie do gardła 3, 4….13, 14, 15…? Wiem, że słonecznika zmieszczą ok. 30 ziarenek. Szybko wyjadają go sikorkom na moim balkonie.

 

Testuję nagrywanie filmów, inne ustawienia, skacze mi ostrość. 

 

 

 

 

 

I porównuję „wciągane” w całości ziarna przez sójki, z delikatnym rozdrabnianiem, niczym degustacją najlepszego przysmaku, małej zięby. Jak obraca językiem na wszystkie strony, mieli, rozgniata. 

16:21

 

 

 

Nagle, coś mi śmiga przed obiektywem; sójki się podrywają, wracają, rozglądają się czujne. 

I znowu. 

???

To pewnie ten krogulec. Ale jest szybki jak błyskawica, w obiektywie (zbyt ciasny kadr) widzę zaledwie coś na kształt „smugi”,  śladu widma po jego przelocie. I zastanawiam się co on robi? Sójki się go nie boją. Od razu wracają na swój wypas. Ale są czujne za każdym razem. I patrząc przez wizjer, na ten wąski kadr, obserwując je widzę, że nadlatuje. Uniesiona głowa, czujne, wyostrzone spojrzenie. Naburmuszona czupryna. Palec w gotowości trzymam na spuście migawki. Może uda mi się go złapać w tym przelocie? 

 

 

Trwa to ok. godziny. Moje strzały chybione. Jednak robi mi przysługę. Dwa razy decyduje się odpocząć na trawie. I w końcu mogę się mu przyjrzeć czy też w ogóle – zobaczyć w całości.

Jest piękny. Podobny do jastrzębia, ale wielkości sójki. Nic nie je. Tylko patrzy. I zastanawiam się o co mu chodzi? Przegania sójki, bo chyba nie poluje? Raczej ptak tych samych gabarytów nie polowałby na ofiarę swoich rozmiarów. Może ćwiczy? A może po prostu się bawi z nimi? Nie mam pojęcia.

16:56 – naciskam spust migawki.

 

 

Za drugim jego przycupnięciem nagrywam filmik, by lepiej i dłużej mu się przyjrzeć – 19:11

 

 

Czekam niecierpliwie na czworonożną zwierzynę. Była już drobnica. Trznadle. Zięby. I jastrząb. Stały bywalec z moich obserwacji. Słyszałam go wcześniej. Siada na pniu. I widzę to piękne kontrastowe niskie światło podświetlające jego pióra w nogach.  

 

 

Ustawia się zadkiem do mnie. Piękny kadr. Jego głowa centralnie miedzy nogami. Jakby specjalnie robił wygibasy dla mnie; jak zabawa w „a ku ku”, albo jakby ćwiczył jogę i chciał mi pokazać, jak jest sprawny. I że też powinnam zacząć ćwiczyć… Przyglądam się uważnie i podziwiam to upierzenie na nogach jak przechodzi przez nie światło.

I te jego oczy. Spojrzenie przeszywające całą mnie. Czarne, drobne źrenice mocno kontrastujące z pomarańczową otoczką. Hipnotyzuje.

 

 

Nagle czujnie się rozgląda. Widzę zaniepokojenie. O ho. Coś się czai w przestworzach. I otula swym całym ciałem, niczym zgarbiony Gargamel, albo Don Pedro, swoją kolację. Narzucając swój pierzasty płaszcz.  

Uwielbiam tą pozę. – 17:34 

 

 

 

Obserwuję.

Czekam.

Rozglądam się. 

Zaraz zacznie się ściemniać. A tutaj nawet lisa nie było. Ani żubrów. Dziwne. Przecież to las. Wszystko tu gdzieś jest.

Sięgam wzrokiem w dal, gdzie kiedyś wyszedł mi żubr. I serce zamiera, by za moment podejść do gardła. 

18:31 – dostojnym, powolnym krokiem, jak na Króla Puszczy przystało, wyłania się z grobli, wychodzi na wzniesienie – polanę i przystaje. 

 

 

Spokojnie rozgląda się w lewo, potem w prawo. Jakby zastanawiał się – gdzie dalej? 

A może sprawdza, czy przypadkiem nie kręci się tutaj harem łań? Poprawia przy tym swój wygląd. Drapie się porożem to w lewy „półzadek”, potem prawy. Kopytem drapie swój podbródek – lewa strona, prawa. Ziewa ospale. I ten język! Jestem tak zachwycona i zaaferowana, że z wrażenia opada mi aparat. I czuję się jak w niebie. I jestem spełniona czy też inaczej. Nagrodzona. Wybrana. Kolejne marzenie, które się spełniło. I widzę, jak delikatnie nadciąga mgła otaczając jego nogi. Jak zmienia się kolor powietrza, jak zapada zmierzch. A on stoi. Ja czekam. Znowu ospale się drapie, rozgląda jakby mówił „nuuuuda, nic się nie dzieje” i decyduje się przycupnąć. Najpierw przednie kończyny, potem tył. Przodem do mnie! A przecież stał bokiem. 

 

 

 

18:36. Patrzymy sobie w oczy. Spogląda na boki, po czym znowu przechodzi do wieczornej toalety. A może szykuje się dla jakiejś wybranki? 

 

 

18:41 – robię ostatnie jego zdjęcie.  

 

 

Obserwuję przez kolejne minuty z niedowierzaniem jak szybko nadchodzi noc. Nasłuchuję jak z drzew spadają krople mgły, którą wcześniej obserwowałam. Czekam co dalej się wydarzy. W obiektywie mam cały czas jego sylwetkę, ledwie widoczną, ostrość ustawiam ręcznie z pełną świadomością, że jej nie będzie. Niewiele już widzę. Spoglądam ponad aparat, przez okienko w dal. I jestem w szoku. Tam, moje oczy, już zupełnie nic nie widzą! Tylko ciemność. I myślę sobie, że całkiem nieźle radzi sobie matryca, że jeszcze coś rejestruje. Wracam wzrokiem do niej. I wtem widzę jak unosi głowę w górę wyciągając szyję i wydaje ten dźwięk. Piękny, niski, surowy ryk. Krótki. Ale moje serce…. w oczach pojawiają się łzy. I nie mogę uwierzyć w cud istnienia świata. 18:44.

 

 

 

 

Po chwili decyduje ruszyć z miejsca. Powoli wstaje i udaje się w prawą stronę, na drugi koniec polany. Widzę jeszcze jego ciemny zarys sylwetki, przystaje, rozgląda się. Mgła wciąż otula jego nogi. Przystaje ponownie i kontrolnie jakby wydaje ryk. I ponownie zamieram i z sercem w gardle wysyłam w jego stronę myśli, jakbym chciała go zahipnotyzować „no, dawaj Kochaniutki! Jeszcze raz. Jeszcze trochę. Chcę Cię jeszcze usłyszeć”. 

 

 

Znowu parę kroków w prawo. Staje. Rozgląda się. Minuta. Ogarnia nas ciemność, ale jeszcze go widzę na ekraniku swojego aparatu. Patrząc na polanę – ciemność. Nawet nie wiem, gdzie jest. I po chwili słyszy moje myśli. I daje znać o swojej obecności wydając ponowny ryk. Już ledwie go widzę nawet na ekranie, ale nie wyłączam nagrywania. Wciąż nadaję w jego kierunku „no, Kochaniutki, jeszcze raz. Proszę.” I na życzenie rozpoczyna się spektakl czy raczej słuchowisko. Wydaje swój ryk, a w odpowiedzi słyszę drugiego jelenia, gdzieś z głębin lasu, po prawej stronie, daleko. Ryk mojego byka echem niesie się po polanie. I po chwili znika mi zupełnie. 

18:57

 

 

 

Nastaje cisza. Siedzę na krzesełku czujnie. Aparat cały czas w gotowości na spektakl muzyczny. Czas mija niezauważalnie. Mój zmysł słuchu jakby wytężony maksymalnie. W czatowni ciemność. Na polanie niby też. Nie jestem sama. Już ostatnim razem wiedziałam, że są inni mieszkańcy w czatowni. Gdzieś między deskami, pod zadaszeniem. Nie wiem co tam jest, ale co chwilę słyszę małe stópki przebiegające nad moją głową. Słyszę ciągłe krople rosy spadające z drzew i z brzozy, która otula czatownię. I mówi się, że w przyrodzie cisza nie istnieje. Pewnie tak, ale w którymś momencie, po długim już nasłuchiwaniu wszystkich dźwięków, pomiędzy pierwszymi i drugimi odwiedzinami łań, wpada w moje uszy ten pisk. Ta częstotliwość ciszy. I trwa to niecałe 5 sekund do momentu kolejnego przebiegnięcia nad moją głową współlokatora. Ale tym razem to coś większego kalibru. Kroki są jakby większe, dłuższy odstęp między przednią, a tylną stopą. Ooooo….zdecydowanie większa zwierzyna. „To może delikatnie dam jej znać o swojej obecności?”. Opuszkiem palca stukam w zadaszenie. Podejrzewam, ze to kuna. Podobno jest ich tutaj sporo.

Kolejne minuty kontemplacji. Stanu, który uwielbiam. 

Nagle z mojej lewej strony słyszę większe poruszenie. „Zrywam się” z krzesła cichaczem, by nie spłoszyć ewentualnej zwierzyny.  Podchodzę do okienka i wyostrzam swój wzrok w ciemnościach, choć może to tylko złudzenie? Wzrok chyba już dawno się oswoił z ciemnością. I nagle widzę tuż przede mną zarys wielkiego zwierza, ciężki masywny tułów i cienkie, wysokie cztery kończyny. I kolejny ruch, głośny szelest wpada mi jak z procy z lewej strony. Niczym wskakuje w mój okrojony kadr okienka. Kolejny zarys. I rozpoznaję w tym samym momencie ten kształt. Łanie. I kolejna! Trzecia! I wyhamowują tuż przede mną! I wyraźnie widzę ich kształt. To te łanie,  o których mówił Marian. Że podchodzą bardzo blisko czatowni. Ale, że aż tak blisko???? Mam je niemal na wyciągnięcie ręki! Tak, że mam ochotę wsadzić tą rękę w to wąskie okienko, ale siatka na owady mnie w tym powstrzymuje. 

Przykładam czoło do desek, nos przystawiony jak do szyby okna. Ciężar ciała cały wisi na moim czole. Tak wygodniej. Kręgosłup mniej boli. I widzę te ruchome sylwetki. Widzę i słyszę jak skubią trawę, jak ją przeżuwają. Słyszę ich głośny oddech! Ich sapanie. Prychanie. Przełykanie. Słyszę ich bekanie! I kolejny inny dźwięk. ??? Puszczają bąki??? No w sumie? Czemu nie? Przecież to żywe istoty. I chichoczę w myślach :D. I jestem zachwycona! I szczęśliwa. I staję jakby „obok siebie”. I widzę się. Widzę swoją postać, tak jak stoję,  z czołem przyklejonym do desek nad okienkiem. Z bananem na twarzy w ciemnościach od ucha do ucha. I łzami szczęścia w oczach. I po raz kolejny dziękuję za ten cud życia jaki został mi podarowany. Za wszystkie zdrowe zmysły jakimi mogę odczuwać. 

Łanie odwiedzają mnie trzy razy w ciągu nocy. Za każdym razem towarzyszą mi ponad godzinę. Wcinają trawę, kładą się obok. Odpoczywają. I czuję ich spokój. Ich spokój i siłę. I dochodzi do mnie myśl, że jestem tutaj, w ich towarzystwie bezpieczna jak nigdzie indziej. Czuję ich spokojny oddech. Gdyby było inaczej, one pierwsze z pewnością wyczułyby niepożądaną obecność.

I ponownie dotykam każdego ich dźwięku. 

Ich oddechu. Spokoju.

I nagle zaczynam oddychać ich oddechem.

 

 

Rykowisko 2019

27 września 2019

POWRÓT

"If I could tell the story in words, I wouldn't need to lug around a camera."

 
Lewis W. Hine

Katarzyna Długosz

____FOTOGRAFIA____

INFORMACJE:

KONTAKT:

projekt i wykonanie:

strony internetowe Bydgoszcz